Blog poświęcony rozwojowi osobistemu, duchowemu i religijnemu pisany przez wieloletniego Praktyka.
Belka

Polecane strony:


Samobójca z depresją

Strona dla osób zmagających się z własną niemocą.


Wiara jest super

Blog o pogłębianiu i ożywianiu swojej wiary.


Wiedza jest super

Blog o szeroko rozumianej wiedzy.


Zabawne obrazki

Strona z zabawnymi obrazkami.


Recenzje stron

Wartościowe opisy i rekomendacje stron internetowych. Polecam!


Belka Belka

Popularne posty:

Belka

Menu:

Belka Belka
piątek, 26 września 2014

Polecane materiały (książki, e-booki i audiobooki):

e-booki  e-booki  e-booki  e-booki

 

  Poniższy tekst jest odpowiedzią na zadane mi ostatnio pytanie natury bardziej duchowej niż religijnej.

 

Zadane pytanie:

    Mówi się, że droga do Pana Boga jest bardzo trudna i wymaga wielu poświęceń. Moje pytanie brzmi: dlaczego, skoro Bóg jest miłością i kocha nas takimi, jacy jesteśmy?

 

 

Odpowiedź:

    Rzeczywiście, Pan Bóg jest miłością i kocha nas nade wszystko. Jesteśmy Jego usynowionymi dziećmi, których od początku stworzył na Swój obraz i podobieństwo. Pan Bóg kocha nas takimi, jacy jesteśmy podobnie jak my kochamy swoje dzieci. Kochamy je, ale wymagamy od nich dobrego zachowania, nie pozwalamy, aby weszły nam na głowę. Za ich dobre zachowanie wynagradzamy, jesteśmy wobec nich bardziej szczodrzy, a za złe zachowanie karzemy i przestajemy być dla nich tak wyrozumiali, jak w pierwszym przypadku. Nasza miłość do nich nie zmienia się. Nadal są dla nas najważniejsi na świecie.

    Będąc mądrzejszymi, chociażby z racji nabytego doświadczenia życiowego, musimy czasem postąpić wbrew woli dziecka, dla jego dobra. Dziecku może wydawać się, że jesteśmy źli, że nie kochamy je, ponieważ nie pozwalamy mu na wszystko, co chce, czasem karzemy, ale przecież robimy to dla jego dobra. Dostrzegamy to zło, które czyha na dziecko, chociaż ono samo je nie dostrzega. Musi nam po prostu zaufać.

    Powyższy opis relacji rodzic-dziecko możemy teraz w całości zastosować do relacji Bóg-człowiek. Po to właśnie ustanowił dla nas prawa jakimi mamy kierować się w życiu i po to wysłał Swego Syna, aby pokazał, jak w praktyce życie w zgodzie z Bogiem ma wyglądać. Przecież Pan Bóg nie wymaga od nas niczego innego ponad to, co robił Pan Jezus. Wszystkie elementy duchowości, choćby i bardzo zaawansowane były przecież wpierw udziałem Jego. Jeżeli więc cierpimy lub jesteśmy niesłusznie oskarżeni, wiedzmy, że i Pan Jezus tego doświadczał. Robił to dla nas, dla naszego zbawienia. Teraz my mamy Go naśladować, mamy być tak doskonali jak On. Święta Faustyna pisze na ten temat tak: "Ojciec Niebieski o tyle dusze nasze uwielbi i uzna je, o ile będzie w nas widział podobieństwo do Syna Swego".

    To, co Bóg nazywa grzesznością dotyczy prawie zawsze jednego tematu: zmiany swojej zwierzęcej natury (uzyskanej przez grzech pierworodny) w naturę duchową. Mamy się odnowić przed spotkaniem z Bogiem, bo w takim stanie, w jakim jesteśmy, nie jesteśmy godni przebywać w Niebie. Można to wytłumaczyć poprzez analogię: przecież my także nie dopuszczamy dziecka do posiłku prędzej, jak wpierw nie umyje rąk, kiedy wraca brudny z pola.

    Chcąc zbliżać się do Pana Boga musimy być przede wszystkim "grzeczni", czyli żyć zgodnie z dekalogiem. Dziesięć Przykazań są podstawowym wyznacznikiem, jak mamy żyć, ale jest to dobre dla tzw. "bożych owieczek". Ci, którzy chcą bardziej zbliżyć się do Pana Boga muszą zrobić znacznie więcej. Tutaj dopiero pojawiają się schody. Nie tak trudno żyć nie kłamiąc, nie kradnąc itd. O wiele trudniej uduchowić się, walczyć ze swoją naturą, swoim "ja". Jeżeli Pan Jezus mówi, iż mamy zaprzeć się samego siebie, należy to rozumieć dosłownie. Nie tak łatwo jest przecież nastawić drugi policzek lub kochać swoich krzywdzicieli, a to musimy zrobić, chcąc uzyskać bliskość z Bogiem.

    Na samym początku naszej drogi do Boga zadanie jest dosyć łatwe, ponieważ w tym okresie oczyszczamy się z łatwych do usunięcia elementów takich, jak kłamstwo, zazdrość itd. Są to elementy niezbyt mocno osadzone w naszym "ja", stąd też łatwo je usunąć. Cały proces przebiega sprawnie i daje dużo satysfakcji, zwłaszcza kiedy Pan Bóg wspiera nas w tym poprzez realną pomoc.

                                   Ciąg dalszy artykułu -->>

 

 

  e-booki  e-booki  e-booki  e-booki

 

 

Ciekawe artykuły:

 

    Zapoznaj się z innymi artykułami. Przejdź do zakładki Spis artykułów.



środa, 24 września 2014

Zmień swoje życie- cd

Polecane materiały (książki, e-booki i audiobooki):

 e-booki  e-booki  e-booki  e-booki

 

4. Profilaktyka

    Kończąc streszczać nasz plan działania zwrócimy uwagę jeszcze na ostatnią bardzo ważną kwestię: Nic nam w życiu nie jest dane raz na zawsze. Nawet jeżeli uda się nam zmienić swoje życie, nie oznacza to, że tak już będzie zawsze. Jeżeli nie będziemy poświęcać odpowiednio dużej uwagi temu, to może zdarzyć się tak, że po jakimś czasie problemy powrócą.

    Nauczeni dotychczasowymi doświadczeniami musimy więc mieć się na baczności, aby nasze postępowanie nie zamieniło życia z powrotem w bagno. Wyobraźcie sobie działkowca, który doprowadził do ładu bardzo zaniedbaną i zarośniętą działkę. Poświęcił temu wiele swojej energii i czasu, ale dzięki temu jego działka wygląda jak rajski ogród. Jeżeli uzna on, że już nic więcej nie musi robić, to po pewnym czasie działka znowu zarośnie. Nie od razu. Najpierw pojawią się małe chwasty, szkodniki, chaszcze dopiero będą wzrastać. Nic nie będzie niepokoić działkowca. W którymś momencie spada deszcz, a następnie w ciągu kilku bardzo gorących i słonecznych dni chaszcze wyrastają nagle jak spod ziemi. Wtedy dopiero przerażony działkowiec ocknie się, kiedy jego życie (działka) na powrót zarosła chaszczami.

    Nigdy nie możemy spocząć na laurach. Cały czas musimy kontrolować siebie i analizować swoje życie, a wszelkie jego chwasty wyrywać z korzeniami puki są jeszcze małe. Bezmyślne życie zawsze będzie dla nas ze szkodą, dlatego ważne jest, aby przynajmniej co jakiś czas poświęcić mu trochę uwagi i wykonać jego przegląd. Skoro wykonujemy przeglądy techniczne swoich samochodów, aby mieć pewność, że nie będą zagrożeniem dla naszego zdrowia i życia, o ile bardziej więc powinniśmy mieć kontrolę nad swoim życiem. Nie jest przecież tajemnicą, że jeżeli coś pozostawimy samemu sobie, to zawsze będzie to zmierzało w stronę destabilizacji i chaosu. Nadzór i kontrola jest więc konieczna. Od tego więc zacznijmy. Stańmy się dla swojego życia dobrym gospodarzem. Zajmijmy się nim nie tylko w kryzysowych sytuacjach, ale także na co dzień, próbując do tych kryzysowych sytuacji nie dopuścić.

                                       < Poprzednia    12/12    

 

 e-booki  e-booki  e-booki  e-booki

 

 

Ciekawe artykuły:

 

 

 

    Zapoznaj się z innymi artykułami. Przejdź do zakładki Spis artykułów.



poniedziałek, 22 września 2014

Zmień swoje życie- cd

    Trzecią i ostatnią pigułką, która pomaga na wiele problemów naraz jest uczucie miłości. Nie mówimy tutaj o miłości zmysłowej między mężczyzną a kobietą. Mówimy o miłości transcendentalnej, bezosobowej, miłości do wszystkich istot, także -co bardzo ważne- do samego siebie, miłości do świata, do wszystkiego co nas otacza.

    Jest to trudna sztuka, zwłaszcza gdy wręcz topimy się w tym bagnie zła naszego życia. Znalezienie w sobie w takim stanie jakiegokolwiek pozytywnego uczucia graniczy z cudem. Przenika nas bowiem złość nienawiść, zniechęcenie, rozpacz, frustracja... Jak w tym bagnie znaleźć coś pozytywnego? Czy warto tak się męczyć i wyzwalać w sobie miłość? Co nam ona da, skoro świat nie zasługuje na miłość. Są to typowe myśli na początkowym etapie zmiany swojego życia. Ponieważ w takim stanie postrzeganie rzeczywistości jest zniekształcone, nie myślimy zbyt jasno, więc także i te opinie są niewłaściwe.

    Warto dbać o rozwijanie w sobie miłości, bo tylko ona daje trwałe poczucie szczęścia. Złość i nienawiść tylko nas pobudzają, demobilizują spokój, wprowadzając niekorzystne napięcie. Będąc opanowanym przez nienawiść i inne negatywne uczucia, nie sposób znaleźć w sobie miłości. Jest to niemożliwe. Mało tego, uważamy ją za wroga, za coś przereklamowanego, coś czego nie potrzebujemy, wręcz nie chcemy. W ten sposób negatywne uczucia zakorzeniają się w nas coraz mocniej. Skoro nie możemy znaleźć w sobie miłości, musimy posłużyć się fortelem. Będziemy do tego potrzebowali naszego umysłu i świadomości, oraz prawdy starej jak świat, że miłość i nienawiść odpychają się tak, jak magnesy. Tam, gdzie jest nienawiść, tam nie może być miłości, bo nienawiść wypiera ją całkowicie.

 

29

    Aby miłość mogła pojawić się w nas wystarczy więc „wyłączyć” nienawiść. Jak tylko zrobi się wolne miejsce, po odpowiednim nakierowaniu pojawi się miłość. Najpierw pojawią się małe zalążki, ale po pewnym czasie i pielęgnacji będzie tej miłości coraz więcej. Spokój i zrównoważenie emocjonalne jakie nam przyniesie będzie jak ciepły powiew wiatru, który pocznie roztapiać nasze zlodowaciałe wnętrze. Nie musimy wiele robić. Wystarczy jak pozwolimy miłości powiewać nad naszym życiem. Delektując się jej smakiem, w którymś momencie zauważymy, że zmieniliśmy się samoistnie. Nasze postrzeganie rzeczywistości nie jest już takie negatywne, a my sami jesteśmy bardziej otwarci na innych, na świat, na życie...

    Proces zmiany życia za pomocą samej miłości jest bardzo długi, lepiej więc przyśpieszyć go włączając do naszej terapii dodatkowe metody i sposoby leczenia. Poza wspomnianymi wyżej metodami o szerokim spektrum działania wykorzystywać będziemy także mniejsze metody, przystosowane do konkretnych przypadków. Jest ich wiele. Korzystając ze swojej dość szerokiej wiedzy, korzystałem z metod praktykowanych w różnych gałęziach nauki współczesnej, przez różne dawne kultury, a także tworzyłem własne metody tworząc je w sposób intuicyjny. Będziemy więc wykorzystywać metody stosowane w psychoterapii, psychoanalizie, psychologii, psychiatrii, rozwoju duchowego, rozwoju mentalnego, medycynie naturalnej, a nawet w okultyzmie. Nie będziemy jednak wykorzystywać jakiś magicznych zaklęć, broń Boże. Wykorzystamy tylko wiedzę teoretyczną, aby lepiej móc zrozumieć niektóre kwestie ważne z punktu widzenia rozwoju osobistego.



 

                       < Poprzednia    11/12    Następna >

 

 

 

Ciekawe artykuły:

 

    Zapoznaj się z innymi artykułami. Przejdź do zakładki Spis artykułów.

sobota, 20 września 2014

              ***

O nic już nie proszę

i niczego się nie spodziewam.

Jestem gotów umrzeć w każdej chwili,

a nawet wyjść śmierci na przeciw.

Gdyby nie strach przed wiecznym potępieniem

pewnie już bym to zrobił.

 

Nic mnie tu nie trzyma,

nic nie nęci ku sobie.

Gotów jestem umrzeć choćby dziś...

 

 

 

                  ***

A gdyby tak umrzeć dziś?

Z marszu wkroczyć w nieznane?

Bez zastanowienia pchnąć ku sobie śmierć,

do stołu zasiąść ostatni raz,

bez pożegnania opuścić świat?

 

 

 

              ***

Ułożyłem się do snu,

jak na śmierć przygotowanie.

 

Znowu życie ze mnie uszło,

rozwiało się po okolicznych lasach

skrojonych tak, że ran nie widać.

 

Ułożyłem się do snu

i umrzeć nie mogę...

 

 

 

 

                     ***

Spowiadam się, że bardzo chcę zabić,

że o niczym innym już nie myślę,

że tylko czekam, by zerwać łodygi

upadłych dusz.

 

Plany zbrodnicze na powiekach rozkładam,

nasycam nimi wzrok

do zguby wiodąc się bezwiednie.

 

W odpowiedzi na świat umieram coraz bardziej,

szaleństwo powstrzymując osamotniony

i tak ciężko zrobić ten krok,

gdy niewinność ufna w tęsknocie

otumaniona została w modlitwie.

 

 

 

 

                 ***

Chciałbym odeprzeć Ciemność od siebie,

z piąchy walnąć aż miło,

ale wiem, że Zło tkwi we mnie

zła energia kumuluje się wewnątrz

potęguje napływającą Ciemność,

brak mi ujścia- to tylko wiem.

Nie wiem, jak je zrobić,

jak wykonać ten dobroczynny wyłom,

jak spuścić z siebie cały ten boży gniew,

zrobić miejsce na Jasność,

Światłość na Światłościami-

tego właśnie nie wiem.

 

 

 

                  ***

Nogi już mi mdleją od tego stania

w kolejce do Ciebie i oczy pieką,

jak niewyspane sumienie.

Jestem jednym, z wielu, nikim szczególnym,

choć w chorej nadziei trwam,

że będziesz o mnie walczył

i nie oddasz Ciemności.

 

Zmierzch ogarnął moje życie,

jak anioł śmierci,

który się zjawił przedwcześnie.

Postradanie zmysłów na patyku bieli się,

jak cukrowa wata.

 

Wszyscy czekają, kiedy stracę panowanie,

kiedy pochłoną moją duszę,

a ja w kolejce półprzytomny stoję

wsparcia doczekać się nie mogę.

 

 

 

 

                ***

Życie wymyka mi się z rąk

a ja nic nie mogę zrobić.

Kto inny prowadzi je zamiast mnie,

ciągnie ku zagładzie, jak bydło na rzeź.

 

Nie wiem, jak do tego doszło,

w jaki sposób wtargnęło w mój świat.

Ostatnią rzeczą jaką pamiętam

są modlitewne prośby o pomoc.

 

 

 

 

                 ***

Jeszcze długa droga do życia-

stalowe ostrze nie chce się schować.

 

Nie sposób powstrzymać żółci

rozlewającej się po organizmie.

 

W agonii miotam się bezczynnie

ataku lękam się ponownego.

 

Jak święty byk corridy

spoglądam w oczy matadora

z ufnością i nienawiścią...

 

 

 

 

                ***

Kiedy wkroczę w świat Ducha,

boskiego natchnienia,

ten świat przestanie istnieć

od dawna już nic nie znaczy.

 

Wpierw jednak muszę umrzeć,

mój martwy człowiek musi odejść,

puścić musi duszę wyżej

z dala od ludzi, ich spraw

 

spotkać się z Bogiem

na aksamitnie nieskończonym

rąbku Tajemnicy

tylko tyle...

 

 

 

                  ***

Dobrze byłoby zakończyć to życie

niepostrzeżenie, a przynajmniej

szybko i bezboleśnie,

i nie- jak idąc na rzeź,

ale raczej jak matczyne usypianie,

aby przyśniły się wesołe aniołki

i tak żyć, aby nie było żal...

 

 

 

 

               ***

Trzeba wciągnąć się w życie

tak bardzo, żeby aż o nim zapomnieć.

Śmierć niech będzie tylko

chwilą wytchnienia.

 



    < Poprzednia    2/2 

 

 

 

Ciekawe artykuły:

 

    Zapoznaj się z innymi artykułami. Przejdź do zakładki Spis artykułów.

 


piątek, 19 września 2014

                Do siebie

Odwiedź mnie kiedyś w przyszłości,

wróć się pamięcią wstecz

do tych obecnych chwil,

kiedy po raz kolejny wypuszczam cię

w szeroki świat, na poszukiwanie siebie,

własnej tożsamości i świadomości.

 

Wróć do mnie tak, jak wraca się

do byłej szkoły- niechętnie, ale z nostalgią

tak właśnie do mnie wróć

odwiedź kiedyś mnie z przeszłości.

 

    Odpowiadając na powyższy apel z wiersza, który napisałem na początku odmieniania swojego życia, przedstawiam kilka swoich wierszy z różnych okresów: gdy byłem w życiowym bagnie, gdy powziąłem decyzję o tym, że najwyższy czas zmienić swoje życie, gdy stawiałem pierwsze kroki w tym odmienianiu, a także w nieco późniejszym czasie. Oczywiście wiersze te nie oddają pełni zagadnienia, ale zawsze jakąś wartość poznawczą będą posiadać.

    Zaprezentowane wiersze ułożyłem w porządku chronologicznym, aby łatwiej można było ujrzeć, jak Ciemność w życiu człowieka powoli się rozszerza, a później, z chwilą podjęcia walki, powoli ustępuje.

    Możność wyrażenia siebie, swego cierpienia przelanego na papier, posiada po części moc terapeutyczną, jest wentylem bezpieczeństwa dla rozbitej psychiki. Zachęcam wszystkich cierpiących lub zmagających się ze swoim życiem, aby spróbowali przelewać na papier swoje myśli, obawy, uczucia... Mogą to być wiersze, opowiadania, czy chociażby prowadzenie dziennika. Nikomu nie trzeba tego pokazywać, mogą to być wyznania tylko dla samego siebie. Nie martwmy się niedoskonałą formą ani małą wartością artystyczną naszych prób, najważniejsze jest to, aby w tym cierpieniu „wypisać się”, uzewnętrznić swoje uczucia i emocje. To pomaga. Nie należy jednak po tym oczekiwać uzdrowienia, to byłoby za proste. Jest to tylko jedna z form wspomagających utrzymaniu psychiki we względnej równowadze. Do zmiany swojego życia będziemy potrzebować znacznie potężniejszym narzędzi.

    Przedstawiam zatem zbiór wierszy, które zawierają spory kawałek mojego życia, niestety tego najgorszego, ale w końcu jest to opowieść o tym, jak zmienić swoje życie. Chwała Bogu, że przyjął mnie do Siebie z powrotem i pomógł odmienić moje życie. Mam nadzieję, że i Wam, Drodzy Czytelnicy, także się uda. Tego życzę Wam z całego serca.

 

 

                     ***

Kiedyś szyderstwa i skryte uśmiechy

rozkwitały za moimi plecami,

by atakować niewinność kolczugami,

by tłamsić ją bez pardonu.

 

I wzrastałem tak na nieurodzajnej glebie

schnąc oschle zgodnie z oczekiwaniem,

by w końcu uciec, uciec od świata

wgłąb siebie.

 

Na moim niebie chmury się zbierają

ciemne i ciężkie

organizują się przegrupowując siły,

by jeszcze więcej..., i mocniej...

Chmury coraz ciemniejsze,

coraz cięższe...

 

 

 

 

         Atak depresji

Krzyk

porażający bezdźwięcznością

knebel

przeciskający się przez gardło

i ta myśl, by skończyć

z tym do jutra

zanim tchnienie

złapie oddech.

 

 

 

 

              ***

Ciśnienie w żyłach słabnie

i marzeń jakby mniej...

Plany na przyszłość coraz krótsze,

coraz większe obszary

zajęte są przez śmierć.

 

Tkanka po tkance pęcznieje,

jak umarła nadzieja.

Miłość siedzi na walizkach

gotowa odejść w każdej chwili,

kiedy tylko ręka przestanie się wahać.

 

 

 

               ***

Ten pies pod płotem to ja,

co skulony, zbity leży

od kilku dni. Ani drgnie.

Jego serce przestało bić.

Nie miało się do kogo

przywiązać.

Śmierć skundlona

odebrała mu wolę.

 

 

 

 

                    ***

Nie sposób powstrzymać toksyn

rozlewających się po organizmie.

Robotnicy w natchnieniu pracy

produkują wciąż nowe ilości agresji

dolewają oliwy do ognia, jak piroman,

który sparzyć się jeszcze nie zdołał.

 

Nie sposób zapanować nad sobą,

wyciszyć pobudzone zmysły.

Poszukiwaczy wysyłam w górę rzeki

i w dół pieniącej się lawy

posyłam nieustraszonym flisaków.

Gdzieś przecież musi być ujście

 

póki nie jest za późno...

 

 

 

 

                      ***

Trzeba  siebie  oszukiwać-  no, bo jak

inaczej żyć? Złudzenia już dawno zako-

ńczyły  agitację i tylko koniki polne nie-

przerwanie wystukują takt, odmierzając

dni pełne samotności.


    Co mógłbym poradzić komuś w mojej

sytuacji? Nie wiem. Pewnie jego też bym

oszukał, wbrew wszystkiemu... Aby tylko

nie utwierdzić go w przekonaniu, że wszy-

stko co miało się zdarzyć, już się zdarzyło.

Wtedy nic by go już nie powstrzymało...

 

 

        Strona    1/2    Następna >

 

 

 

Ciekawe artykuły:

 

    Zapoznaj się z innymi artykułami. Przejdź do zakładki Spis artykułów.

wtorek, 16 września 2014

    Jeżeli chodzi o te światełko, z początku myślałem, że ma to być dla mnie taki papierek lakmusowy, który będzie wskazywał poziom mojego rozwoju duchowego. Wyobrażałem sobie, że to małe światełko będzie w miarę moich duchowych postępów jaśniało coraz bardziej, że zacznie rozświetlać mnie od środka, a potem wyleje się na zewnątrz i cały będę emanował takim pozytywnym, niewidzialnym, boskim światłem. Niestety następnego dnia światełko zaczęło zanikać, by w kolejnym dniu zniknąć zupełnie. Zacząłem więc interpretować sobie, że był to może rodzaj zesłania Ducha Świętego. W tej chwili myślę jednak, że był to chyba po prostu znak, taki stempel potwierdzający przyjęcie mojej prośby. Zresztą nie wnikam w to. Liczy się dla mnie tylko to, że odzyskałem swoje życie i Boga.

    W ten sposób na przestrzeni kilku miesięcy odzyskałem łaskę Boga i chociaż nie odczuwałem już takiej bliskości z Nim jak przedtem, ani nie odczuwałem tej Mocy jaka temu towarzyszyła, to jednak okazał mi wielką łaskę, spełniając prawie wszystkie moje prośby w kolejnych miesiącach, często wręcz natychmiastowo. Szczególnie chętnie spełniał moje prośby odnoszące się do mojego rozwoju i zmiany życia. Pomimo tego wszystkiego nadal niezbyt mocno wierzyłem w istnienie Boga, zresztą i dzisiaj nic się nie zmieniło.

    Zawsze miałem problemy z odczuwaniem wiary. Nie odczuwam wiary jako takiej, a to, że wiem, że Bóg istnieje wynika tylko z doświadczenia. Zawsze więc rozbraja mnie pytanie „Czy wierzy pan w Boga?”, bo wierzyć można w coś czego się nie widziało, ale jest się przekonanym, że to coś istnieje. Ja natomiast nie wierzę w to, tylko WIEM z doświadczenia. W ten piękny sposób człowiek „szkiełka i oka” jakim przez większość swego życia byłem poznał Boga przez doświadczenie. Czyż to nie piękne? Nie. Choć to może zabrzmi dziwnie, pomimo tej pewności, bardzo zazdroszczę ludziom, którzy wierzą w Boga poprzez wiarę. Uważam to za rzecz duchowo bardzo cenną. Chciałbym mieć taką wiarę. Taki może paradoks...

    Wracając do tematu, kiedy zacząłem analizować to wszystko, przypomniały mi się sytuacje, w których Bóg już wcześniej spełniał moje prośby, a nawet pomagał mi sam od siebie, w sytuacjach które wydawały mi się beznadziejne, kiedy wydawało się, że już znikąd nie ma szans na ratunek, a tu nagle niespodziewanie, ze strony z której bym się nawet nie spodziewał przychodziła pomoc. W tych momentach byłem przekonany, że było to działanie Boga. Choć takich sytuacji było wiele w całym moim życiu, to jednak dawniej były one na tyle rzadkie, że po jakimś czasie zapominałem o nich i o Bogu. W tym ostatnim czasie o którym piszę, zdarzeń takich, razem ze spełnionymi prośbami było tak dużo, że w połączeniu z otrzymanym światełkiem, na gruncie czysto logicznym nie sposób było wyciągnąć innego wniosku, jak tylko taki, że Bóg istnieje naprawdę.

    W tej chwili zmierzam do Boga drogą mistyki mając nadzieję, że w czasie próby wytrwam w „wierze”. Puki co, w dalszym ciągu, poprawiam swoje życie i siebie samego dążąc do świętej doskonałości, szczególnie uważając na to, aby nie pojawiła się we mnie pycha, wręcz przeciwnie, staram się odnajdywać w sobie pokorę i miłość, choć jest to dla mnie zbyt łatwe. Trudno mi teraz oczekiwać od Boga kolejnych łask, ponieważ wiem dobrze, że otrzymałem do tej pory bardzo, bardzo dużo, ale z drugiej strony święty Jan od Krzyża pisze, że „tyle od Boga otrzymujemy, ile się od niego spodziewamy”. Tym przesłaniem chciałbym zakończyć swoje świadectwo, zwracając uwagę na fakt, że aby dobrze wykorzystać tę sugestię potrzebna jest świadoma wiara, oraz wiedza duchowa, która pomoże nam przygotować odpowiednie podłoże do otrzymywania przyszłych łask. Szczęść Boże!

 

                                   < Poprzednia    3/3    



 

 

Ciekawe artykuły:

 

    Zapoznaj się z innymi artykułami. Przejdź do zakładki Spis artykułów.



piątek, 12 września 2014

   Podczas tego okresu zatraciłem Boga i swoją „wiarę” całkowicie. Nie było we mnie niczego co boskie. Moim atutem jednak zawsze był podwyższony poziom inteligencji, jako jeden z nielicznych dobrych darów otrzymanych w genach od rodziców, w tym przypadku od taty, w którego rodzinie wszyscy mężczyźni są tą właściwością obdarzeni. To pozwoliło mi zmienić swoje życie. Nie mogę powiedzieć, że upadłem na dno, z którego się odbiłem. Nie odczuwam tego tak, choć zapewne od strony duchowej było to sięgnięcie prawie dna.

    Zaczęło się od tego, że nosząc przy sobie nóż, spodziewany atak ze strony „złych” ludzi nie następował. W końcu uznałem irracjonalność takiego zachowania. Przecież na co dzień ludzie nie atakują się nawzajem w biały dzień. Co innego wieczorem jak są napici. Czasem ktoś może nas zaczepić. Drugim czynnikiem, po tych kilku latach zła w moim życiu, było zmęczenie tym wszystkim. Był to najwyższy czas, aby w końcu zrobić coś ze swoim życiem.

    Po apogeum tego okresu zacząłem zastanawiać się co mogę zrobić, aby poprawić swoje życie. Szybko okazało się, że w dużej mierze także i siebie muszę zmienić. Na moje szczęście fascynacja wiedzą ciągle trwała i poszerzała się o kolejne tematy i działy nauki. Często też w ciężkich chwilach zamiast upić się jak „każdy normalny człowiek” rzucałem się w odmęty nowej, trudnej wiedzy, jak chociażby teoria względności, czy chromodynamika kwantowa, aby tylko nie myśleć o tym złu, które doświadczałem. Bez problemu więc znalazłem sposoby i metody na realizację swoich celów. W tym czasie nie myślałem jednak o Bogu. Zależało mi przede wszystkim na poprawie swojego życia. Zauważyłem jednak, że te „ataki zła” nie tylko, że nie zmniejszyły się, ale wręcz nasiliły. Szatan czuł, że wymykam mu się z rąk. Z uwagi na moje poprzednie doświadczenia, było to dla mnie bardzo niepokojące.

    Pierwsze myśli o Bogu pojawiły się jakieś pięć, sześć miesięcy od rozpoczęcia naprawy swojego życia. Przeciwnie jednak niż można by tego oczekiwać nie spotkaliśmy się. Rozważając bowiem swój rozwój osobisty i duchowy, oraz wyznaczając nowe cele na najbliższy czas zastanawiałem się także nad swoją religijnością, gdyż nauki przekazywane w Piśmie Świętym na temat tego jak żyć są korzystne dla człowieka, choćby i niewierzącego. Nie gardziłem więc tą wiedzą zebraną przez poprzednie pokolenia, chociażby w moich ulubionych Mądrościach Syracha.

    Jeżeli chodzi o samego Boga uznałem, że jestem duchowo tak brudny, że nie śmiem nawet w myślach zwracać się do Niego. Tak sobie umyśliłem, że na razie będę pracować nad swoim rozwojem osobistym i poprawą swojego życia, a jak wystarczająco oczyszczę się z tego brudu, to może Bóg sam zauważy mój blask pośród szlamu tego świata i pociągnie mnie ku sobie.

    Rzeczywiście, po jakimś dłuższym czasie znalazłem w sobie światło, aby odmawiać wieczorem „Ojcze nasz”, potem zacząłem odmawiać także i rano, aż w końcu zacząłem zwracać się w modlitwach do Pana Boga prosząc o pomoc, po pierwsze, aby pomógł mi w moich dalszych zamierzeniach zmiany życia, a po drugie, aby chronił mnie przed złem, bo nadal wszystko się jeszcze mogło wydarzyć.

    Ataki zła w postaci wielorakich złych zdarzeń w jednym czasie nie ustawały. Czasami były dla mnie bardzo powalające. Podczas właśnie ostatniego takiego zmasowanego ataku, kiedy myślałem już, że zło zwycięży, że mnie pokona, postanowiłem w akcie ostatniej nadziei zwrócić się do Boga o pomoc. Najpierw przedstawiłem swoją prośbę o pomoc, potem złożyłem deklarację wiary, że chcę należeć do Boga, być po stronie Światłości i nic tego nie jest w stanie zmienić, a następnie odmówiłem z głębi serca modlitwę „Ojcze nasz”. Ponieważ czułem, że to jest jakby niewystarczające, więc zaraz powtórzyłem całą procedurę jeszcze raz.

    Nie upłynęło kilkanaście sekund, gdy duchowo poznałem, że w miejscu, gdzie -według wierzeń dalekowschodnich- mieści się siedlisko energii życiowej Ki (kilka centymetrów poniżej pępka) został mi umieszczony mały lampion ze światełkiem. Nie czułem przy tym jakiś szczególnych rzeczy, poza tym przekonaniem, że prośba ma została przyjęta. Rzeczywiście, w ciągu kilku dni wszelkie złe sprawy w moim życiu ustąpiły i już więcej tych zmasowanych i jawnych ataków zła nie miałem. Od tamtej pory minęło cztery lata, a ja, choć czasem potykam się w drodze do Boga, to jednak cały czas rozwijam swoją duchowość i „wiarę” wiedząc, że otrzymałem od Boga więcej niż na to zasłużyłem.



< Poprzednia    2/3    Następna >

 

 

Ciekawe artykuły:

 

    Zapoznaj się z innymi artykułami. Przejdź do zakładki Spis artykułów.

środa, 10 września 2014

    Pochodzę z rodziny, w której korzystanie z pomocy Pana Boga nie jest czymś niezwykłym. Jest to naturalne zachowanie w trudnych chwilach. Szczególną taką umiejętność posiada moja mama, która często korzysta z tej formy pomocy w pracach codziennych. Ja staram się nie fatygować Boga do takich błahych spraw. Kiedy nie udaje się coś mojej mamie, a straci już cierpliwość, wtedy prosi Pana Boga o pomoc, czego sam byłem wielokrotnie świadkiem.

    Jeden z takich przypadków pamiętam jeszcze z dzieciństwa, kiedy drzwi do naszej piwnicy chroniła felerna kłódka, którą otwierać to skaranie boskie. Klucz dawał się przekręcić tylko w jemu znanym ustawieniu i zawsze trzeba było się wiele nakręcić, aby trafić w ten punkt. Po kilku więc minutach prób i nerwów zniecierpliwiona mama prosi w końcu Boga o pomoc i klucz za pierwszym razem daje się przekręcić.

    Zdarzenie może samo w sobie mało niezwykłe i zawsze można je wytłumaczyć na inne sposoby, jednak takich „zbiegów okoliczności” moja mama ma bardzo dużo. Co ciekawe, za każdym razem otrzymuje pomoc natychmiast, a nie po chwili, więc te „zbiegi okoliczności” są bardzo konkretne. Ten typ zachowania mama przekazuje teraz swoim wnuczkom. Jedna z nich dwa razy już donosiła, iż rzeczywiście, kiedy poprosiła Pana Boga o pomoc, pomógł jej. Taka może rodzina..., bo jak dotąd nie słyszałem od innych ludzi, aby mieli coś takiego, choć nie wykluczam.

    Tyle na temat mojej rodziny, niezbyt zresztą -o dziwo- pobożnej. Moje świadectwo -jak całe moje życie i ja- jest bardzo poplątane. Nie brakuje w nim wzlotów i upadków. Najpierw była nauka, fascynacja wiedzą, oraz, nieco później, nieświadoma jeszcze, ale mocno zaangażowana wiara w Boga.

    Tak było gdzieś do połowy szkoły podstawowej. Potem, w okresie dojrzewania, troszeczkę może po rozmowach ze Świadkami Jehowy była całkowita negacja nie tylko nauki Kościoła katolickiego, ale także Pisma Świętego, w którym nie brakuje sprzeczności i trudnych interpretacyjnie miejsc, a co za tym idzie odwrócenie się od Boga i zostanie młodym ateistą. To pewnie z tego okresu pochodzi moja, prawie że obsesyjna skłonność do sięgania i posługiwania się materiałami źródłowymi i nie poleganiu tylko na tym co ktoś (człowiek, ksiądz) mówi.

    Taki stan ateizacji mojego życia trwał kilka lat. Stałem się pod wpływem otoczenia prawie zwykłym, współczesnym Polakiem, dla którego kombinacje i drobne złodziejstwo (wynoszenie z pracy) to coś normalnego. Piszę „prawie”, ponieważ jakoś nigdy alkohol nie podchodził mi, chociaż pochodzę z rodziny, w której wielu miało, lub ma z nim problem.

    Jakoś po szkole średniej, nie pamiętam jak to się stało, bynajmniej zacząłem na powrót myśleć o Bogu. Być może moja natura, która jednak jest inna od tego tzw. „normalnego” człowieka wywoływała dyskomfort psychiczny, że to nie jest to, że źle się czuję w takim środowisku. Stąd zapewne poszukiwanie innego stylu życia i zwrócenie się na powrót w stronę Boga. Bardzo szybko osiągnąłem moją nadal mało świadomą jeszcze wiarę, jednak tym razem zacząłem odczuwać bliskość z Bogiem i moc płynącą z tej bliskości. To było wspaniałe uczucie.

    Niestety, po krótkim czasie -z braku świadomej wiary i wiedzy- popadłem w pychę. Myślałem, że skoro odczuwam taką bliskość z Bogiem i jestem przepełniony tą Mocą, to nic mi już złego nie grozi. W końcu jest ze mną sam Bóg. Zacząłem więc pysznić się przed szatanem, że teraz nic mi już nie może zrobić, że może mi „naskoczyć” mówiąc po młodzieżowemu. Wtedy nie wiedziałem, że nic tak nie razi Boga jak pycha człowieka. Na reakcję nie czekałem długo. Po kilku tygodniach rozpoczął się najciemniejszy okres w moim życiu, który trwał około sześciu, siedmiu lat.

    Zaraz zostałem pozbawiony bliskości z Bogiem, a do dzieła zabrał się szatan. Nie wdając się w szczegóły, mówiąc ogólnie, bardzo wiele złego wydarzyło się w moim życiu i często doznawałem zła od ludzi lub sytuacji w sposób seryjny, jedno po drugim. Nazwałem te okresy „atakami zła”.

    W tym czasie jedynymi uczuciami jakie posiadałem były złość, agresja i nienawiść, zwłaszcza do ludzi, od których od dzieciństwa doznawałem wiele złego. Często wręcz brzydziłem się ludźmi i na samą myśl o nich robiło mi się niedobrze. Przez kilka lat nie chodziłem nawet na cmentarz na Wszystkich Świętych, bo tak to odczuwałem, że gdybym zobaczył naraz tyle ludzi to chyba bym zwymiotował. Myśląc tak bardzo źle o ludziach nosiłem przy sobie nóż, albo gaz, albo jedno i drugie, aby móc -w razie czego- obronić się przed nimi.

    Pojawiły się też myśli „mordercze”. Z tej nienawiści do ludzi byłem nastawiony zabić każdego, kto by mnie zaatakował, a -w apogeum tego okresu- nawet każdego, kto by mnie nieprzyjemnie zaczepił. Tylko Bóg wie jak niewiele czasami brakowało... Ci, którzy przechodzili obok, lub szli za mną nie wiedzą nawet na jakiej cienkiej krawędzi balansowali. Było kilka przypadków, że dosłownie brakowała już tylko mała odrobinka...



                           Strona    1/3    Następna >


 

 

Ciekawe artykuły:

 

    Zapoznaj się z innymi artykułami. Przejdź do zakładki Spis artykułów.

    Jak już mówiliśmy, na duży problem potrzebujemy dużego (gorzkiego) lekarstwa. Takich lekarstw o szerokim spektrum działania jest kilka. O jednym z nich, najważniejszym na tym etapie już mówiliśmy. Jest to sztuka wybaczania, nie chowania urazy w sercu. Niewiele jest takich demonów, które niszczą nasze życie tak bardzo jak właśnie trzymanie w sercu urazów, pielęgnowanie, a wręcz kultywowanie ich. Jak tylko wstajemy z łóżka nasze myśli już zostają zdominowane przez te negatywne wspomnienia. Mogły się one zdarzyć kilka lat temu, ale nadal są tak żywe jakby to stało się wczoraj. Wspomnienia te wywołują w organizmie negatywne reakcje, które nie pozwalają nam cieszyć się życiem.

    Kiedy sprawimy, że te negatywne wspomnienia odejdą, nasze życie znacznie poprawi się w wielu obszarach. Stąd jedna z odpowiedzi, trochę żartobliwa, na pytanie „Co to jest szczęście?” brzmi następująco: „Szczęście jest to dobre zdrowie i krótka pamięć”. Nie chowając w sercu urazy nasza psychika nie będzie generatorem negatywnej energii, w związku z tym będziemy mogli skupić się na sprawach obecnych, bez tego całego negatywnego bagażu z przeszłości.


23

 

    Bez wątpienia drugą taką gorzką pigułką o szerokim spektrum i podobnym działaniu jak poprzednia jest wiara. W naszym ziemskim życiu mamy zmierzać do Boga naśladując Jezusa. Poza prawem miłości, jakie przyniósł, najważniejszym boskim prawem, Jezus zapowiada nam wprost cierpienie mówiąc, że kto chce iść za nim, musi zaprzeć się sam siebie i bez szemrania dźwigać swój krzyż. Jakby tego było mało, pozbawia nas reszty złudzeń mówiąc, że tak, jak Jego znienawidzono i skazano na okrutną śmierć, tak i Jego naśladowców będzie czekał nie lepszy los. Jak to ma się do poprawy swego życia, skoro cierpienie ma stać się jego częścią? Przecież od tego właśnie chcemy uciec. Nie chcemy cierpieć. Chcemy żyć spokojnie i szczęśliwie.

   Czy Bóg chce zrobić z nas masochistów, skoro oczekuje od nas (dobrowolnego!) cierpienia? Oczywiście, że nie. Omawiając filozofię wiary wspomnieliśmy o mocy płynącej z niej. Kiedy przepełnia nas miłość i cierpimy w cichości tak, jak Bóg sobie tego życzy, nie pozostawia nas samych. Razem z cierpieniem daje nam siłę do jego zniesienia. Mówi o tym wielu świętych i mistyków. Mówią oni także o tym, że Bóg nigdy nie daje cierpienia ponad nasze siły. Zawsze daje tyle, ile jesteśmy w stanie znieść, chociaż prawdą jest, że bardzo często daje On po same brzegi naszej wytrzymałości tak, że jeszcze jedna kropelka, a już by się przelało. Warto więc wytrwać ten okres, utrzymać się przy życiu za wszelką cenę, bo kiedy skończy się czas próby przyjdzie wzmożona łaska Boża. Wykorzystać ją będzie jednak mógł tylko człowiek o rozwiniętej duchowości. Dla pozostałych będzie to tylko niezrozumiałe, bezsensowne cierpienie, które sprawi, że jeszcze bardziej znienawidzą Boga.

    Odnajdywanie się w tej rzeczywistości polega na świadomości, że to, co doświadczamy przychodzi od Boga i jest częścią Jego planu względem nas. Zazwyczaj plan Boga różni się diametralnie od naszych oczekiwań, co wywołuje nasz sprzeciw i opór. Ci, którzy poddadzą się Jego woli rozpoczną życie w głębinach życia duchowego o jakim nawet nie śnili. Niewielu na to stać, stąd też tak duża gorzkość tej pigułki.

 

26


                         < Poprzednia    10/12    Następna >



 

 

Ciekawe artykuły:

 

    Zapoznaj się z innymi artykułami. Przejdź do zakładki Spis artykułów.



sobota, 06 września 2014

3. Wybranie odpowiedniej metody i naprawa problemu

    Kontynuując naszą opowieść nakreślimy teraz ogólnie kolejny etap, który szerzej będziemy omawiać w kolejnych rozdziałach. Podobnie, jak istnieje wiele lekarstw, a każde z nich skuteczne jest na określone schorzenie, tak samo i tu, nie ma jednej metody, która uleczyłaby wszystko. W zależności od problemu musimy zaaplikować sobie odpowiednie antidotum. Istnieje jednak kilka metod, zazwyczaj gorzkich dla nas pigułek, które działają podobnie jak leki o szerokim spektrum działania. Stosując je możemy za jednym zamachem usunąć ze swojego życia wiele problemów. Nie ma jednak nic za darmo. Zazwyczaj trzeba się bardziej zaangażować, często wręcz zmuszać do połknięcia tak gorzkiej pigułki, ale kiedy w końcu uda się nam to, wtedy jej zbawienne skutki będą nieocenione. Nie od razu jednak.

    W zależności od naszego stanu, poprawa może być zauważalna dopiero nawet po roku, ale kiedy w końcu uda się przebić tę skorupę, to później tempo pozytywnych zmian będzie narastało coraz szybciej. Nie będzie to trwało w nieskończoność. Po osiągnięciu punktu kulminacyjnego nastąpi stan równowagi. Będziemy w tym momencie odczuwali, że na drodze swojego rozwoju i zmiany życia zrobiliśmy kolejny krok do przodu. Musimy wtedy przekierować uwagę na poszukiwanie innych sposobów, aby móc wykonywać następne kroki w swym rozwoju.

    Czy warto łykać tak gorzkie pigułki, które kosztują nas tak wiele wysiłku i samozaparcia? Może wystarczy poruszać się małymi kroczkami? Uzyskać mniejsze efekty, ale za to z o wiele mniejszym zaangażowaniem, wręcz bezboleśnie? Z punktu widzenia naszego rozwoju i szczęścia im szybciej przez to przebrniemy, tym lepiej. Wynika to z dwóch powodów.

    Po pierwsze, poruszając się małymi kroczkami, dotrzemy do celu swojej podróży po bardzo długim czasie. Lata będą mijały, a my wciąż będziemy w drodze. W tym czasie nadal będziemy jeszcze poszukiwać swojego szczęścia. Kiedy je znajdziemy, niewiele zostanie nam już lat do zaznania szczęścia i radości w życiu. Będzie się już zbliżała powoli pora umierania. Aby lepiej sobie to wyobrazić posłużymy się przykładem młotka. Możemy wbijać gwóźdź w ścianę lekkimi uderzeniami, bawiąc się w ten sposób cały dzień, albo użyć większej siły i uderzając mocno dwa, trzy razy zrobić to samo w ciągu kilku sekund. Zaoszczędzony w ten sposób czas możemy wykorzystać na swoje przyjemności.

    Nie opłaca się nam tracić czasu na likwidowanie wielu problemów z osobna, za pomocą wielu bezbolesnych metod, skoro ten sam efekt szybko uzyskamy dzięki mocniejszej metodzie, wymagającej od nas jednak większego samozaparcia.

    Drugi powód, dla którego powinniśmy się zdecydować na trudniejszą drogę jest taki, że małymi kroczkami nie uda się nam wszędzie dotrzeć. Niektóre problemy naszego życia są jak głębokie przepaści. Nie da się ich normalnie przejść, ani ominąć. Prędzej, czy później staniemy przed taką przeszkodą nie do przebycia. Jedyny sposób wtedy to kosztujący wiele odwagi i wysiłku przeskok ponad przepaścią na drugą stronę. Stąd nasze poprzednie porównanie o rozbiciu skorupy. To jest właśnie ten moment, kiedy przezwyciężywszy siebie, pozostawiamy za sobą ogromny problem, zazwyczaj tkwiący w naszej świadomości lub psychice. Uwolniwszy się od niego możemy w końcu nabrać wiatru w żagle i szybko nadrobić ten, zdawało by się, stracony do tej pory czas.

    Czym jest ten obrazowy przeskok ponad przepaścią? Jest to zmierzenie się z naszym ogromnym problemem na samą myśl którego ciarki nas przechodzą. Musimy przezwyciężyć strach, ból lub inne pęta, które zniewalają nas, nie pozwalają stawić czoła temu, następnie musimy zdemaskować całą jego iluzoryczność i pokonać go. Cała tajemnica walki z tego typu demonami polega na niewalczeniu. Im bardziej będziemy z nimi walczyć, tym większą moc niszczenia im damy. Jedynie siłą spokoju ich pokonamy, beznamiętną analizą, która pozwoli nam na właściwe, chłodne spojrzenie na dany problem. Co wtedy zobaczymy? Ujrzymy potwora na glinianych nogach, który pod naporem naszego przenikliwego spojrzenia zacznie się rozsypywać. To my sami dajemy mu energię do życia i niszczenia nas. Kiedy zrozumiemy, że to, co się stało zdarzyło się dawno temu i nie możemy tego już zmienić, ale możemy zmienić to, co jest teraz sprawi, że poprzez odpowiednie „wytłumaczenie” sobie tego zaczniemy pozbywać się tych demonów z naszego życia.

 

                       < Poprzednia    9/12    Następna >


  Jeżeli podobał Ci się ten artykuł lub był dla Ciebie przydatny, złóż na moją rzecz datek w dowolnej wysokości. Szczegóły w zakładce Wspomóż mnie. Za wszelkie datki z góry dziękuję.





 
1 , 2